Poniedziałek.
Tydzień temu oglądałam "Pojutrze" - taki prosty film katastroficzny... I miałam przez większą część ochotę ryczeć. Nie, nie wzruszały mnie specjalnie losy bohaterów. Film jest o zlodowaceniu, więc widząc go jakby miałam nieustanne deja vi ostatniej zimy... I czułam podskórnie, że zaraz będzie powtórka z rozrywki... I teraz, gdy już ledwo wróciłam do domu, gdy widzę, co się dzieje za oknem, gdy pomyślę, jakim cudem jutro dojadę do pracy, jakim cudem wrócę... znowu chce mi się ryczeć. NIENAWIDZĘ ZIMY!
Byłam dziś na szkoleniu organizowanym w sądzie, w którym rozpoczęłam moją szumną "karierę" w tzw. "wymiarze". Oczywiście wypadało się przywitać z tamtejszym prezesem, moim ówczesnym szefem. Zapytał, jakie mam plany, a ja na to, że mam MARZENIA - nadal te same, chcę zostać sędzią karnym. Rzeczywiście oceniać to trzeba w kategoriach marzeń, nie planów, bo zostanie sędzią w obecnej sytuacji kadrowej to jak wygrać w totka, a jeszcze móc wybrać wydział karny - bezcenne. A na to mój eks-szef mi powiedział, że już w jego sądzie, cztery lata temu, wyrobiłam sobie solidną markę i on mi nigdy tego okresu współpracy nie zapomni... I że jest o mnie spokojny i zawsze będzie po mojej stronie...
Jestem ostatnio jakoś przepracowana.. Nie wiem, nie śledzę, zarobiona jestem...
Mieszkam już u siebie prawie dwa miesiące.
Walka z zimą jak na razie nierówna, 2 urlopy na żądanie przez zasypane drogi (błagam, niech już nie pada to białe gówno!), a dziś dla odmiany mój niezawodny samochód odmówił współpracy po "najzimniejszej nocy tej zimy" i gdyby nie pomoc dobrych ludzi, to bym nie dojechała, a tak - TYLKO spóźniłam się do pracy...
Na budowie fajnie, tyle że kaloryfer zamontowali mi nie pod tym oknem, co uzgodniliśmy, ale będzie tak, jak sobie życzę - tak mnie zapewniono. Do tego się dowiedziałam, że zbyt optymistycznie z ekipą podeszłam do momentu rozpoczęcia prac wykończeniowych - 15 lutego jednak nie da rady, bo budynek jeszcze nie sprosta jako całość. Może to i lepiej, bo mróz paraliżuje mi myślenie i jakoś nie jestem w formie do uzgodnień projektanckich, nie mam melodii na rekonesans sklepowy i składanie zamówień na materiały, jakos to wszystko do mnie nie dociera....
Że z jednej strony będę mogła jarać nie wychodząc na mróz - super. Ale że z drugiej strony pierwszy raz od niemal 30 lat będę mieszkać SAMIUTEŃKA i mogę se ze ścianą o dupie maryni pogadać, to jakoś gorzej. Wiem, jestem dzieckiem podkloszowym... Dobrze, że w ogóle mam jakieś parcie na samodzielność i koniecznie chcę od dorosłości zarobić w papę. Nie dość, że stara panna, to jeszcze taka jakaś nieżyciowa socjopatka... Za punkt honoru stawiam sobie opanowanie trudnej sztuki prasowania ;))))
Byłam na wakacjach, pierwszy raz od lat... (bodajże sześciu)... Na NARTACH! Ja i narty to iście kosmiczne połączenie, szczególnie, że przyszło mi zjeżdżać na czerwonych krynickich trasach, a sztuka jeżdżenia na nartach nie należy do moich talentów... Ale ci ludzie, ten śnieg, który żarłam, gdy upadałam na twarz, aż wypinały mi się narty... To czysta poezja... Ten sylwester na szczycie Jaworzyny... Ach!... Rozmowy przy wódce do późnej nocy, każda codzienna czynność była tam czymś absolutnie szczególnym.
I trudno się wraca do rzeczywistości...
Dopada mnie więc melancholia, najlepiej ucieleśniona w utworach na ostatniej płycie Stinga...
Najbardziej w "The Hounds of winter"...
Ech...
... but I'm stone, cold, sober"...
Działam na zasadzie zrywów akcji, ale generalnie tkwię w marazmie. Takim totalnym, bo zastrzeliłam się październikiem w łeb i jeszcze mnie w listopadzie trzyma. Nie wiem, ja nie nadaję się na wstawanie w środku nocy, błądzenie w ciemnościach z kubkiem kawy, która już nie działa. Ożywiam się po dłuższym czasie, jak mnie w Trójce w porannej audycji czymś rozbawią, albo jak puszczą kawałek Palomy Faith (bosz, ona jest po prostu ZAJEBISTA!). Albo kiedy widzę, co mi ośrodek migracyjny zrobił w jednej księdze: właściciel - Kowalski, imię ojca - Józef, imię matki - Wojciech... ;) Albo: właściciele - Krzysztof i Zdzisław we wspólności małżeńskiej ustawowej...
No i ożywiam się, jak sobie znajdę zadanie do wykonania. Między 8.15 - 15.15 jest to stosunkowo łatwe, bo nawet nie bardzo mam wówczas czas, żeby zjeść śniadanie nie zbierając potem okruchów z klawiatury. A o kawie sobie przypominam, jak już osiąga temperaturę mżawki za oknem. Po pracy natomiast czasem zdarzy się jakaś akcja - zakup, wymiana opon, przegląd, rata do zapłacenia, jedna, druga, trzecia, znowu w tym miesiącu nie wystarczy na krem na zmarchy... Poza tym - czarna dupa jakaś.
Jak zwykle się okazuje, że nie mam w czym chodzić, że już prawie pół roku nie byłam u fryzjera, że nie mam ciekawej opcji na kolejny sobotni wieczór. Że nie mam już więcej Chirurgów do obejrzenia. Że nawet zabalować nie ma jak, bo odkładam na te żarówki. Ot - proza życia...
I tak oto doszłam do momentu, w którym pierwszy raz nie mówię "NIE". Mój londyński loverboy dostał mój numer telefonu i zaczęliśmy korespondencję, na razie nieco kurtuazyjną, ale w końcu nie od razu Rzym zbudowano (czy whatever). Nie uciekłam od razu, jak to mam w zwyczaju, bo sytuacja jest bezpieczna: on TAM, ja TU i poza słowami nic z tego na razie nie wyniknie. I dobrze ;)
Byłam w MOIM mieszkaniu, jest dokładnie takie, jak to sobie wymarzyłam! Trochę nadal to do mnie nie dociera, może tylko w momencie dokonywania operacji na koncie pt. oszczędzamy, czyli pakujemy spore sumki w konto gdzie indziej (a'la skarpeta). Do tego jak spłacę ratę samochodową to wynagrodzenie topnieje w masakrycznym tempie. A niedługo czeka mnie zakup tuszu do rzęs, nie wiem, czy podołam ;)
Koniec miesiąca się zbliża, ale w pracy wszystko ogarnięte. Wpływ opanowany, tzn. spraw załatwionych jest więcej niż wpłynęło. Ja nie wiem, skąd we mnie te pokłady energii w robocie, ale może po prostu uwielbiam mieć to pierwsze miejsce w zestawieniach statystycznych?! Co prawda właśnie zabalowałam, tzn. do pobudki 7 godzin, więc się nie wyśpię, ale błogosławiony ten, kto wymyślił kawę...