Walka z zimą jak na razie nierówna, 2 urlopy na żądanie przez zasypane drogi (błagam, niech już nie pada to białe gówno!), a dziś dla odmiany mój niezawodny samochód odmówił współpracy po "najzimniejszej nocy tej zimy" i gdyby nie pomoc dobrych ludzi, to bym nie dojechała, a tak - TYLKO spóźniłam się do pracy...
Na budowie fajnie, tyle że kaloryfer zamontowali mi nie pod tym oknem, co uzgodniliśmy, ale będzie tak, jak sobie życzę - tak mnie zapewniono. Do tego się dowiedziałam, że zbyt optymistycznie z ekipą podeszłam do momentu rozpoczęcia prac wykończeniowych - 15 lutego jednak nie da rady, bo budynek jeszcze nie sprosta jako całość. Może to i lepiej, bo mróz paraliżuje mi myślenie i jakoś nie jestem w formie do uzgodnień projektanckich, nie mam melodii na rekonesans sklepowy i składanie zamówień na materiały, jakos to wszystko do mnie nie dociera....
Że z jednej strony będę mogła jarać nie wychodząc na mróz - super. Ale że z drugiej strony pierwszy raz od niemal 30 lat będę mieszkać SAMIUTEŃKA i mogę se ze ścianą o dupie maryni pogadać, to jakoś gorzej. Wiem, jestem dzieckiem podkloszowym... Dobrze, że w ogóle mam jakieś parcie na samodzielność i koniecznie chcę od dorosłości zarobić w papę. Nie dość, że stara panna, to jeszcze taka jakaś nieżyciowa socjopatka... Za punkt honoru stawiam sobie opanowanie trudnej sztuki prasowania ;))))