"I can be wilder than the wind, 119 miles an hour... You think I'm crazy, a little bit hazy ...

2009-11-16 23:04:38

... but I'm stone, cold, sober"...

Działam na zasadzie zrywów akcji, ale generalnie tkwię w marazmie. Takim totalnym, bo zastrzeliłam się październikiem w łeb i jeszcze mnie w listopadzie trzyma. Nie wiem, ja nie nadaję się na wstawanie w środku nocy, błądzenie w ciemnościach z kubkiem kawy, która już nie działa. Ożywiam się po dłuższym czasie, jak mnie w Trójce w porannej audycji czymś rozbawią, albo jak puszczą kawałek Palomy Faith (bosz, ona jest po prostu ZAJEBISTA!). Albo kiedy widzę, co mi ośrodek migracyjny zrobił w jednej księdze: właściciel - Kowalski, imię ojca - Józef, imię matki - Wojciech... ;) Albo: właściciele - Krzysztof i Zdzisław we wspólności małżeńskiej ustawowej...

No i ożywiam się, jak sobie znajdę zadanie do wykonania. Między 8.15 - 15.15 jest to stosunkowo łatwe, bo nawet nie bardzo mam wówczas czas, żeby zjeść śniadanie nie zbierając potem okruchów z klawiatury. A o kawie sobie przypominam, jak już osiąga temperaturę mżawki za oknem. Po pracy natomiast czasem zdarzy się jakaś akcja - zakup, wymiana opon, przegląd, rata do zapłacenia, jedna, druga, trzecia, znowu w tym miesiącu nie wystarczy na krem na zmarchy... Poza tym - czarna dupa jakaś.

Jak zwykle się okazuje, że nie mam w czym chodzić, że już prawie pół roku nie byłam u fryzjera, że nie mam ciekawej opcji na kolejny sobotni wieczór. Że nie mam już więcej Chirurgów do obejrzenia. Że nawet zabalować nie ma jak, bo odkładam na te żarówki. Ot - proza życia...

skomentuj (8)
Strona główna