Byłam na wakacjach, pierwszy raz od lat... (bodajże sześciu)... Na NARTACH! Ja i narty to iście kosmiczne połączenie, szczególnie, że przyszło mi zjeżdżać na czerwonych krynickich trasach, a sztuka jeżdżenia na nartach nie należy do moich talentów... Ale ci ludzie, ten śnieg, który żarłam, gdy upadałam na twarz, aż wypinały mi się narty... To czysta poezja... Ten sylwester na szczycie Jaworzyny... Ach!... Rozmowy przy wódce do późnej nocy, każda codzienna czynność była tam czymś absolutnie szczególnym.
I trudno się wraca do rzeczywistości...
Dopada mnie więc melancholia, najlepiej ucieleśniona w utworach na ostatniej płycie Stinga...
Najbardziej w "The Hounds of winter"...
Ech...