"lay down with me, tell me no lies"...

2009-09-29 23:22:09

I tak oto doszłam do momentu, w którym pierwszy raz nie mówię "NIE". Mój londyński loverboy dostał mój numer telefonu i zaczęliśmy korespondencję, na razie nieco kurtuazyjną, ale w końcu nie od razu Rzym zbudowano (czy whatever). Nie uciekłam od razu, jak to mam w zwyczaju, bo sytuacja jest bezpieczna: on TAM, ja TU i poza słowami nic z tego na razie nie wyniknie. I dobrze ;)

Byłam w MOIM  mieszkaniu, jest dokładnie takie, jak to sobie wymarzyłam! Trochę nadal to do mnie nie dociera, może tylko w momencie dokonywania operacji na koncie pt. oszczędzamy, czyli pakujemy spore sumki w konto gdzie indziej (a'la skarpeta). Do tego jak spłacę ratę samochodową to wynagrodzenie topnieje w masakrycznym tempie. A niedługo czeka mnie zakup tuszu do rzęs, nie wiem, czy podołam ;)

Koniec miesiąca się zbliża, ale w pracy wszystko ogarnięte. Wpływ opanowany, tzn. spraw załatwionych jest więcej niż wpłynęło. Ja nie wiem, skąd we mnie te pokłady energii w robocie, ale może po prostu uwielbiam mieć to pierwsze miejsce w zestawieniach statystycznych?! Co prawda właśnie zabalowałam, tzn. do pobudki 7 godzin, więc się nie wyśpię, ale błogosławiony ten, kto wymyślił kawę...

skomentuj (3)
Strona główna